Kotka zaciągnęła mnie na łąkę i kazała z niewiadomego powodu zapolować na srokę. Miałem pewne obawy do tych ptaków, zwłaszcza do ich dziobów, bo gdy byłem młodszy okrutnie mnie podziobały.
Skinąłem twierdząco łebkiem i zacząłem obierać taktykę mrużąc oczy.
- Porwała mi kiedyś obróżkę, czarną, nie znalazłam jej. Ciekawe czy jej nie zgubiła.
- Spróbujemy coś na to zaradzić. - uśmiechnąłem się uspokajająco i poszedłem w stronę ptaszyska, jednak tak niedbale, że spłoszył się od razu. Na pyszczku Sadzy zmalował się zawód, miałem jednak plan. Sroka poleciała w stronę drzew - pewnie jej gniazda. Pognałem za nią, i po jakimś czasie zlokalizowałem jej pobyt, siedziała na drzewie i zabierała się do wygodnego układania. Bardzo cicho wbiłem pazurki w korę i posunąłem jak wąż w górę. Miała gniazdko na wysokości jakichś 6 czy 7 metrów. Naprężyłem mięśnie w prawej przedniej łapie i przeorałem ptaszysku skrzydło. Zaskrzeczało przeraźliwe, okropniej niż ja chcący wyjść na podwórko, ale to już inna historia... xd Tak więc rozprawiłem się ze sroką szybko, i w miarę bezboleśnie po czym zrzuciłem ją martwą z drzewa. Odkopałem trochę słomy z gniazda i błysnęła mi w oczach obróżka Sadzy. Podniosłem ją i wróciłem do kotki, wziąłem po drodze zwłoki z trawy.
- No, jak widzę dobrze sobie poradziłeś. - mruknęła - A to przepłoszenie było przypadkowe? - zmarszczyła brwi.
- Nie. Planowane. - puściłem jej oczko. - Mam coś dla ciebie - położyłem przed nią obrożę.
- Ooo... - potarła łapą policzek. - Dziękuję.
- Nie ma za co.
- No, zdałeś. - parsknęła śmiechem.
Rozciągnąłem się błogo i przewróciłem bez powodu w trawę.
- Rozumiem, że zakończyłeś dzień dzisiejszy?
- Emm... nieee... - ziewnąłem przeciągle. - Lubię popołudniowe drzemki.
- A psy cię nie przerażają? - uniosła jedną brew do góry z uśmiechem.
- Zależy jakie.
- Ah... - zamruczała artystycznie. Po chwili jednak podniosłem się szybko i przyjąłem pozycję bojową.
- Co ty Stefan... - nie skończyła po przesadziłem nad nią i prawie ziemi nie dotykając poleciałem do miasteczka.
- Jak mogłeś! - miauknęła za mną i pobiegła szybko za mną. Zaczęliśmy bawić się w berka. W końcu zmęczeni padliśmy w lesie śmiejąc się z siebie.
- Ciekawe czy Zuza nadal jest na mnie wściekła. - zastanowiłem się głośno.
- Twoja właścicielka, jak mniemam.
- Tak. Podeptałem jej jakieś dokumenty i darła się jak opętana.
- Niefajnie sprawa wygląda.
- Trudno, nie marzy mi się marznąć na mchu. Muszę wrócić.
- Jak chcesz możesz zostać w domku. Jest tam jakiś wypłowiały koc. Rano sobie coś pewnie upolujesz.
- O... dzięki. - ściemniło się do końca. Sadza i reszta kotów wróciła do domów, a ja zasnąłem zwinięty w kłębek na kocyku. Obudziło mnie dopiero szturchnięcie rano.
- Stefan lubi sobie pospać, jak widzę, jest 10 rano.
- O... - ziewnąłem mrucząc.
- Dzień dobry. - powitała mnie Sadza.
<Sadza, proszę dokończ>