Śnieg... dla jednych zwiastun świątecznej radości, dla innych zmora. Sadza obudziła mnie miło i zaprosiła na spacer, przed wcześniejszą rozmową. Kotka prowadziła mnie przez las, nie wiedziałem dokąd; nie powiedziała mi o tym. Uśmiechałem się do niej tylko, wyszliśmy na małą polankę, drzewa zaczęły się przerzedać i w końcu byliśmy tylko na ośnieżonej polancę, słońce wyłoniło się zza ciężkiej chmury i zaczęło rzucać swe promienie na śnieg, efekt był śliczny - śnieg błyszczał się w słońcu niczym pokryty setkami maleńkich diamentów.
- Mimo wszystkich wad zimy... Śnieg jest piękny - zamruczała Sadza z rozkoszą.
- Yhym. - poparłem ją z uśmiechem. - A wiesz co jeszcze jest piękne?
- Co? - spytała lekko zawstydzona.
- To! - miauknąłem radośnie wpychając Sadzę łebkiem do zaspy śnieżniej.
- Pfu... - od razu wyrwała się z wzgórka rozgarniając śnieg łapami i plując nim na wszystkie strony. Gdy już doprowadziła się do porządku - co zajęło jej zaledwie kilka sekund. Wybiła się w górę i skoczyła zwalając mnie z łap. Zaczęliśmy się turlać po śniegu, w końcu dałem za wygraną i pozwoliłem kotce unieruchomić mnie zręcznym ruchem.
- Złapię przez ciebie katar! - powiedziała poważnie i wybuchnęła śmiechem.
- Będę donosił ci chusteczki - odparłem złośliwie.
- No wiesz... byłoby to bardzo pożyteczne.
- Oh, to co ja wymyślę prawie zawsze jest pożyteczne. - Uśmiechnąłem się i wysunąłem z pod jej łapek. - Mogę coś sprawdzić?
- Co takiego?
- Niespodzianka. Zamknij oczy.
- Jak mnie znów wepchniesz w zaspę, to cię wydalę w tempie natychmiastowym z efektami specjalnymi - zagroziła poważnie.
- Ojej - skuliłem się z udawanym strachem. Po chwili Sadza zamknęła oczy, a ja zacząłem chodzić po świeżutkim, miękkim i sypkim śniegu. Po chwili wziąłem do łapy troszkę "zimnego piasku" i pojedyńczo ułożyłem je na łebku kotki na kształt małego wianuszka
- Możesz otworzyć oczy.
Rozglądnęła się dookoła szukając jakiejkolwiek zmiany, gdy nic nie zauważyła powiedziała niepewnie:
- Co zrobiłeś?
- Hm... - począłem prowadzić ją w stronę drogi. - Gdy znajdziemy odpowiednią kałużę to zobaczysz - uspokoiłem się. Dosyć długo wlekliśmy się do drogi, bo nie chciałem narazić prezentu. W końcu znaleźliśmy zmrożoną wodę, która idealnie nadawała się na lustro, dla kotki i odpowiednio odbijała światło, tak, że Sadza mogła się przyjrzeć efektowi. Gdy dojrzała ozdobę z zachwytu otworzyła szeroko oczy:
- Ślicznie... dziękuję...
- Nie ma za co. - Powiedziałem do niej cicho. Słońce ponownie schowało się za chmurami i zawiał zimny wiatr, który zdmuchnął koronę. Westchnęła niewidocznie i zadrżała. Zobaczyłem ten ruch chodź się nie zdradzałem.
- Zimno się robi, może cię odprowadzę?
- Nie trzeba - uśmiechnęła się blado.
- Ależ nalegam.
- No, jeśli chcesz... ale wydaje mi się, że to daleko od twojego domu. - Mruknęła.
<Sadzo, co dalej?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz