Powrót do domów po śnieżycy był katuszem. Gęsty, mokry śnieg niesiony wiatrem kłębił się na wszystkie strony, wpychając mi się do uszu i oczu. Sadza raz po raz przytulała się do mnie z drżeniem, nie odczuwałem tego tak bardzo, ponieważ mam gęste futerko. Po za tym, nieraz sypiałem w ogrodzie, na kwiatach Zuzi czy też ławeczkach w parku, więc byłem zahartowany. Po jakimś czasie Sadza zaproponowała, byśmy poszli do kwatery, chętnie się zgodziłem, bo zmoczone wąsy poczynały mi marznąć. Gdy już byliśmy na miejscu, nastąpiłem na rozbite szkło rozcinając sobie lekko łapę. Potem wraz z Sadzą wyszliśmy do kwatery i usiedliśmy na kocach. Przynajmniej ja, bo kotka położyła się na poduszce i zamknęła oczy. Otuliłem ją niezgrabnie kocykiem.
- Dziękuje. - Szepnęła zmieszana Sadza.
- Coś za dużo razy mi dziękujesz. - Zaśmiałem się serdecznie wsuwając pod koc. - Mmm... Ciepełko.
- Hehe. - Zachichotała kotka i zaczęła lizać łapkę. Przyjrzałem się jej z zaciekawieniem po czym spytałem:
- Co Ci się stało?
- Nic, to tylko mała ranka. - Mrugnęła jednym okiem.
- Nastąpiłaś na to szkło niedaleko drzewa? - Zagadnąłem ją.
- Tak, a skąd to wiesz? - Zapytała zdziwiona Sadza.
- Bo ja też. - Odparłem chichocząc. Kotka zaraz do mnie dołączyła, dziwnie było śmiać się z własnej i cudzej krzywdy.
- Dlaczego nic nie powiedziałeś? - Zadała kolejne pytanie mrużąc oczka i ziewając.
- Nie chciałem wyjść na sierotę. - Zapeszyłem się. - A ty?
- To samo. Bałam się, że uznasz mnie za jakiegoś mięczaka, gdy zacznę gadać "Jestem ranna!" itp.
- Ale z nas ciamajdy. - Stwierdziłem pod koniec.
- Nie inaczej. - Przytaknęła. Dziwne... znamy się zaledwie parę dni, a tak świetnie się rozumiemy. Sadza zerknęła ciekawie za okno. Stwierdziła cicho iż jest ciemno i nie opłaca się wracać do domów w tą śnieżycę. Rozmawialiśmy na to i owo jeszcze przez jakieś 10 minut, a potem zacząłem starannie wylizywać futerko. Sadza także się tym zajęła i po chwili byliśmy czyści i pachnący.
- Robi się coraz zimniej. - Miauknęła zdegustowana... no cóż. Kocyki nie były super-szczelne.
- Racja.
- Wiesz co... Albo i nie. - Zaczęła, ale nie skończyła rumieniąc się.
- Sadzo, powiedz. - zachęciłem ją muskając jej nos ogonem.
- No dobra, ale się nie śmiej... - zagroziła poważnie. - Przyszło mi do głowy, że gdybyśmy leżeli obok siebie tak wiesz, pod jednym kocem byłoby nam cieplej w nocy... - szepnęła po raz kolejny zmieszana.
- No wiesz... - zająknąłem się. - Mi by raczej nie przyszła odwaga o to zapytać...
- Czyli nie? - Spytała z miną pełną przerażenia.
- Kotkom się nie odmawia... - Uśmiechnąłem się niepewnie. Sadza odetchnęła ulgą i przesunęła się na poduszce robiąc dla mnie miejsce. Wygrzebałem się z pod własnego koca i wskoczyłem pod towarzyszki.
- Hm... Cieplej niż u mnie. - Stwierdziłem ugniatając energicznie legowisko. Po chwili zwinąłem się i zamknąłem oczy.
- Ej - oburzyła się - już idziesz spać?
- Wolisz, żebym ci towarzyszył? - Posłałem jej miłe spojrzenie rozciągając łapki.
- Tak. - Uśmiechnęła się szeroko.
- Okej. Zagrajmy w grę... - zacząłem.
- Jak z jakiegoś horroru, który oglądała Pati.
- Chyba kojarzę. - Puściłem jej oczko.
- Więc co to za gra? - Spytała zaciekawiona.
- "Co by było gdyby..." Zadajemy sobie nawzajem pytania. Zaczynasz?
- Mhm... Co by było gdyby ogolono cię na łyso.
- Pojechałbym do Egiptu i udawałbym sfinksa.
- Musiałbyś nabawić się jeszcze zmarszczek. - Powiedziała chichocząc. Skrzywiłem się do niej paskudnie.
- Co by było gdyby goniły cię Dwie Święte Krowy?
- A co to?
- Takie dwie wredne plotkary z sąsiedztwa. Zawsze o wszystkim wiedzą pierwsze. No i machają laskami na wszystko co ma cztery nogi lub dwie i mniej niż 1,30 metra wzrostu. - Westchnąłem żałośnie wspominając bolący bok gdy kiedyś chciałem otrzeć się o nogę babuni, która przechodziła obok ogródka.
Pobawiliśmy się jeszcze trochę w CBBG i zasnęliśmy mocnym snem. Obudziło nas dopiero poranne słońce. "Na szczęście zamieć już przeszła" - przemknęło mi przez myśl. Wtedy zorientowałem się... że prawie leżę na Sadzy. Drgnąłem lekko i obudziło to kotkę.
- Złaź za mnie ty ciężki klocu... - wciągnęła mocno powietrze i zrzuciła mnie ze swojego brzucha. Położyłem się na grzbiecie i rozprostowałem łapy mrużąc oczy. Po chwili usiadłem i gapiłem się na zaspaną Sadzę.
- Pachniesz całkiem jak ja. - Zacząłem mruczeć. Zrobiła minę umarlaka i zaczęła się myć.
- Nie zmywaj się jeszcze. - Poprosiłem ją nieśmiało.
- Co? Czemu?
- Bo teraz.... to tak jakbyś była drugą Stefanią. - Uśmiechnąłem się. Kocica pacnęła mnie w głowę łapą, a ja wskoczyłem na parapet. Odsunąłem delikatnie koc zasłaniający okno i zacząłem przyglądać się widnokręgowi. Teraz padał leciutki śnieżek, było mroźno, bo z daszku kwatery zwisały duże sople. Wyjrzałem na świat z drzwiczek i zręcznie skoczyłem na ziemię. Jakie było moje zdziwienie gdy zamiast twardo wylądować, tylko chrupnęło i zapadłem się aż po szyję w śniegu. Sadza, która była dużo lżejsza ode mnie zsunęła się po belkach i delikatnie stawiała kroki po zmrożonej powierzchni, że się nie załamywała. Zanurkowałem w śniegu i wytarzałem się w nim jak kocię, potem ze zmechaconym futerkiem wyskoczyłem nagle na kotkę i zwaliłem ją z łap. I Sadza także była mokra, wtedy zainteresował mnie pewien sopel zwisający z belki. Był znacznie większy ode mnie i bardzo gruby. Nie mogąc oprzeć się pokusie polizałem go językiem. A najgorsze było to, że nie mogłem go odkleić...
- Sasaa... pousz i - wybełkotałem krzywe "Sadza, pomóż mi"
<Sadza? Nie będę stał przy soplu przez całą zimę xd>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz