Właśnie odprowadziłam Syberię do domu, gdy ujrzałam małą, czarną kotkę chodzącą po ulicy. Zauważyłam nadjeżdżający samochód i natychmiast zareagowałam:
- Uważaj!!! - krzyknęłam spychając ją na pobocze. - Co ty tam robiłaś? - spytałam ostro... Za ostro.
- Uciekałam i potknęłam się... - wyjąkała zamykając oczy ze strachu.
- Nie bój się mnie. - powiedziałam o wiele łagodniej dotykając łapką jej grzbietu. Po leciutkim dotyku kotka zadrgała mocno ze strachu. - Na prawdę nic Ci nie zrobię. Jak masz na imię słońce?
- Lu-Luna. - szepnęła patrząc na mnie jednym oczkiem.
- Pięknie... Mam na imię Sadza. Gdzie mieszkasz? Odprowadzę Cię. - zaproponowałam.
- Ja... Ja nie mam domu. Rodzice porzucili mnie przed chwilą. - wyjąkała.
- Co ty mówisz? Jak mogli porzucić takie maleństwo?
- Normalnie... Bawiłam się i tu nagle bum... Zostaję porzucona na ulicy.
- Ojej... Nie wiem jak Ci pomóc. Nie mogę Cię przygarnąć, ale mam własne stado kotów. Każdy jest miły i opiekuńczy. Mamy własną kwaterę, czyli domek na drzewie w lesie. Możesz się przyłączysz i zamieszkasz w kwaterze dopóki nie znajdziemy Ci nowego opiekuna...
- Jak mi go znajdziecie?
- Coś się wymyśli. Co ty na to? Chcesz być jedną z nas? - zapytałam podając jej łapkę.
<Luna, i co?>
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz